Dzień dobry,
to mój pierwszy post tutaj - przepraszam że nie w odpowiednim dla nowicjuszy dziale , ale widzę że forum już chyba martwe jest... bardzo żałuję że dopiero teraz je znalazłem, może miałbym większą wiedzę na temat piesków i wszystko by się inaczej potoczyło..
4 dni temu odeszła nasz ukochana yoreczka, Kama. Miał prawie 8 lat. Cudowny, wesoły, kochający wszystkich piesek. Bardzo spokojna, wręcz strachliwa (bała się deszczu, wystrzałów, nagłego hałasu). Ale taką ja chcieliśmy, w hodowli gdy pojechaliśmy po pieska wszystkie szczeniaczki przybiegły do nas, ona została wtulona w kącik, patrząc na nas swoimi pięknymi oczkami. Był to nasz pierwszy piesek, i na pewno brakowało nam wiele wiedzy na temat postępowania z Kamą. Wniosła do naszego domu mnóstwo radości i bezgranicznej miłości. Miała swoje ulubione zabawki z którymi do nasz przychodziła by się pobawić, ale tak naprawdę mogła godzinami leżeć nam na kolanach podczas pracy na komputerze lub przytulona na leżance gdy np oglądaliśmy telewizję. Spała oczywiście też z nami przytulona do nóg. Miała swoje problemy (alergia pokarmowa na kurczaka czy lekko wypadająca rzepka w jednej łapce) ale generalnie była zdrowa i wszystko było ok. Do zeszłego weekendu, gdy wróciliśmy w sobotę z imienin od siostry żony. W niedziele rano zwymiotowała w dziwny sposób, wszystko prawie czarne było. Zamiast natychmiast jechać do weterynarza pomyśleliśmy ze to dziwne ale pewnie się przytruła i niedługo jej przejdzie. Cały dzień była osowiała, nie chciała jeść i pic. Nie chciała sama wyjść na dwór, wynosiliśmy ją tam ale nie robiła siku. Dopiero w nocy w niedziele jak widać było że nie może spać i się męczy pojechaliśmy do weterynarza do W-wy na nocny dyżur. Zrobił rtg, wyszło ze zapalenie żołądka i jakieś nacieki na oskrzelach. Czyli pewnie coś zjadała i jej zaszkodziło i po antybiotyku będzie dobrze. Ale nie był zbyt chętny do dokładniejszych badan. W poniedziałek rano pojechaliśmy do "naszego" weterynarza, na badaniach z krwi wyszło ze nerki nie pracują... Teraz wiem że brzmi to jak wyrok i że powinniśmy jechać natychmiast na dializy do specjalisty. Zamiast tego przez 3 dni "nasz" wet pompował w Kamcię kroplówki licząc że nerki zaczną pracować. Nie zaczęły, zamiast tego cały płyn w niej się zatrzymywał, doszedł do płuc i wsiąkał w nie, powodując problemy z oddechem i dalsze zatrucie organizmu. Trzeciego dnia kazał nam szukać szpitala dla psa bo "on nam go nie odda na noc bo pies nie przeżyje". W szpitalu wytrzymała 4 godziny, o 23:50 zadzwonili że zmarła mimo prób reanimacji, krew z pyszczka buchnęła i to był koniec.... Przepraszam że tak się rozpisałem ale muszę to z siebie wyrzucić, nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta. Obwiniam siebie że zrobiliśmy za mało by ją ratować gdy już zachorowała, ze uwierzyliśmy weterynarzowi ze ją wyprowadzi zamiast jechać natychmiast do speca nefrologa. Ze nie nauczyliśmy jej by nie jadła z podłogi/ziemi jak coś znajdzie (bo podejrzewam ze na imieninach znalazła winogrona i je zjadła), że nie upilnowałem jej na tych imieninach, ze zlekceważyłem pierwsze objawy (bo przecież pies czasami wymiotuje..). Mam ogromny zal i nie umiem się pogodzić ze jej stratą... Z tym że tak szybko i w taki sposób odeszła, że nie było nas przy niej w ostatnich minutach... W piątek była kremacja.. może nienormalny jestem, w tym roku mieliśmy 4 pogrzeby w naszych rodzinach, a ja po tym psiaku nie mogę się pozbierać... jak sobie z tym poradzić ?
[url]https://drive.google.com/file/d/1y41u4rVL4-_rB5CsPSi_5vU4BARY_ez1/view?usp=sharing[/url]
[url]https://drive.google.com/file/d/1RB9A_ctG3-brJsFYd1BAmPWR1hYBYguu/view?usp=sharing[/url]
[url]https://drive.google.com/file/d/1ERRtgDI9diHtnDv30SLUFvv9rZW5w23B/view?usp=sharing[/url]