ja też jestem przeciwniczką wspólnego pomieszkiwania. Jesteśmy od prawie 3 lat przeszczęśliwym małżeństwem, cieszącym się sobą każdego dnia i odkrywającym wzajemne niewiadome, których w większości nie byłoby gdyby wcześniejsze wspólne mieszkanie. Całe do sprawdzanie się i 'dopasowywanie' o którym trąbią współczesne pary to mit i pójście na łatwiznę. Nie ma miłości i małżeństwa bez obopólnych ustępstw i kompromisów. A to pomieszkiwanie z obawy, że po ślubie partner zmieni się nie wiadomo w kogo to czysty brak zaufania i dowód na to, że tak na prawdę przez cały okres narzeczeństwa nie podjęliśmy trudu, aby kogoś wystarczająco dobrze poznać. To tak jakby wziąć pieska do domu przed jego kupnem i powiedzieć: 'Jednaj go nie chcę, bo nie podaje łapy jak mu mówię, albo nie robi siad kiedy chcę. A tak poza tym, ma jedno klapnięte uszko, które myślałam, że się podniesie. Jego charakter jest inny niż moje pierwotne wyobrażenia, więc oddam go hodowcy - po co mi taki pies jak się nie dogadujemy." Wiadomo, że żadna z nas tak by nie zrobiła względem naszego kochanego pieska, a względem drugiego człowieka jakoś tak nie trudno. Każda dziewczynka, już od wieku dziecięcego marzy o wielkiej miłości, a potem zamiast ją przeżywać to rozdrabnia ją na małe przelotne miłostki, które od razu wiążą się z poważnymi czynami, mieszkaniem razem i nie wiadomo z jakimi zobowiązaniami, a potem jest płacz, wielkie zranienie i złamane serce i potem nie wiadomo czy brać ze sobą sofę czy telewizor. Dla mnie decyzja o małżeństwie jest zobowiązująca, jest dowodem na to że darzy się tę drugą osobę zaufaniem. Wspólny dom to nie domek dla lalek, którym mogę przestać bawić się w każdej chwili. To zobowiązanie i zaufanie, a także przekonanie, że sama nie dam rady ale we dwoje już na pewno tak. W taką miłość wierzę i takiej doświadczam, i mam nadzieję, że także okazuję...